Wiec na Jordankach. KONTAKT 2016. Dzień pierwszy (22 maja 2016 r.)

    Dwudziesty trzeci festiwal „Kontakt” rozpoczął się w sali widowiskowej CKK Jordanki godnym tego miejsca i tego festiwalu otwarciem: inscenizacją Wroga ludu Henrika Ibsena zrealizowaną przez Thomasa Ostermeiera i berlińską Schaubühne. Lubię jeździć do tego teatru. Spacer reprezentacyjną aleją Ku’damm prowadzi do nowoczesnego teatru, który potrafi zadowalać mieszczańskie gusta dobrą komedią, a poszukiwaczom intelektualnych przygód dawać godny wysiłku pokarm duchowy. Może Thomas Ostermeier nie jest wielkim buntownikiem, może nie wierzy w rewolucyjną moc teatru (jak przyznał na spotkaniu po spektaklu w Toruniu), ale potrafi wydobyć z bądź do bądź starego tekstu sprzed 130 lat potencjał komentarza do współczesnych, nurtujących nas problemów.
    Wróg ludu Ostermeiera składa się właściwie z trzech części. Pierwsza została rozegrana w stylu niemal hiperrealistycznym. Byłoby całkiem hiperrealistycznie, gdyby nie szkicowane kredą linie perspektywy niczym w teatrze iluzji sprzed dwóch wieków oraz kredowe rysunki innych niż salon pomieszczeń domu doktora Stockmanna. Natomiast w aktorstwie realizm psychologiczny triumfuje na całej linii. Przełamywany właściwie przez odgrywane na żywo przez Stockmanna (w tej roli Christoph Gawenda), jego żonę (Eva Meckbach) i kolegów poprockowe pieśni. W umiejętny sposób reżyser tworzy nastrój w domowym bastionie Stockmanna, w którym powoli narastają nuty jego rockowego buntu kontrastujące z erupcjami codziennych niepokojów (płaczem dziecka i pretensjami żony). Jeszcze scena rozmów w redakcji rozegra się w stylu najlepszego niemieckiego Sprechtheater – dyskusji, wymiany poglądów i w miarę stonowanych emocji. Jak w House of Cards czy Spotlight toczy się gra między władzą i mediami. Jak to u Ibsena tematem jest prawda i jej społeczna użyteczność. Prawda jako instrument przemiany świata. I cała paleta instrumentalnych, ekonomicznie użytecznych manipulacji prawdą.
     Druga część Wroga ludu Ostermeiera ma już odmienną tonację - bardziej w stylu sztuki performansu. Zaczyna się od przemalowania ścian, co zmienia redakcyjny newsroom w obskurną salę spotkań, oraz sprawdzenia mikrofonu przez Billinga (Moritz Gottwald), który za chwilę daje próbkę profesjonalnego beat boxu. Potem przy zapalonych światłach sprawny wiecowy wodzirej z pomocą festiwalowego tłumacza (świetny Artur Zapałowski w swojej roli) rozkręca dyskusję na temat wystąpienia doktora Stockmanna. Przy czym w usta Ibsenowskiego protagonisty zostały włożone słowa z lewackiego manifestu ogłoszonego przez Niewidzialny Komitet w 2007 r. pod tytułem L’Insurrection qui vient. Chodzi o Nadchodzące powstanie – ludzi przeciw władzy, systemowi, bogatym, kapitalizmowi, manipulacjom medialnym, zniewoleniu. Tekst manifestu zasługiwałby swoją drogą na odrębną analizę jako diagnoza kryzysu współczesnego świata i zestaw propozycji wyjścia z sytuacji, która wydaje się nie mieć, jak twierdzą autorzy, żadnego satysfakcjonującego rozwiązania – poza rewolucją. O dziwo, spora część publiczności przełyka ten gniewny speech Stockmanna bez kłopotu i głosuje za jego stanowiskiem. Dyskusja, która toczy się potem z aktywnym udziałem widzów, prowadzi jednak do smutnych wniosków. Otóż zgodnie z logiką debat publicznych zasadniczy problem prawdy w życiu publicznym znika w gąszczu mniej lub bardziej błyskotliwych replik i retorycznych figur. Polska publiczność nie daje się wciągnąć w debatę o własnym kraju, tylko trzyma się kurczowo świata fikcyjnego. Kwestii zatrutej wody i misji uzdrowiskowego lekarza. Cała dyskusja zdaje się jedną wielką manipulacją. Gadaniną. Fikcją. Jest to przeraźliwie szczery obraz wszelkich debat toczonych w Polsce ostatnich lat. Stockmann Christopha Gawendy zostaje zmieciony przez wiecowych przeciwników ze sceny torebkami z farbą. Co nie znaczy, że przegrał. To on trzyma nadal nici całej społeczno-politycznej intrygi. To on każe widzom powrócić do tekstu. Paradoksalnie ze świata fikcyjnych fantazji o „dobrej rewolucji” (nomen omen „dobrej zmianie”) dokonanej przez „dobrego”, „uczonego” doktora (skąd wiecie, że mówi prawdę?) do świata przedstawionego, który jest bardziej realny niż ta laboratoryjna sytuacja rozmowy publicznej.
     Buntownik wyszydzony, pobity wraca do własnego domu i otwiera butelkę piwa. Czas po przegranej bitwie nie będzie stracony. Żona wyleciała z pracy. Właściciel mieszkania wyrzucił całą rodzinę na bruk. Niesamowicie aktualny jest ten stary poczciwy Ibsen. Upaćkany farbą, zmaltretowany Stockmann siedzi – w ostatnim obrazie spektaklu – z żoną i popija sobie piwo. Myślicie, że nie zostanie Osamą? Hitlerem? Che Guevarą? Sam jeszcze nie wie, kim zostanie. Ale właśnie w ten sposób, jak pokazuje nam Thomas Ostermeier, system produkuje rebeliantów. Dla mnie – przy wszystkim różnicach w estetyce teatralnej, bo przecież teatr Ostermeiera jest wycyzelowany, plastycznie zachwycający (wielka praca scenografa Jana Pappelbauma i kostiumografki Niny Wetzel) – ląduje ten Wróg ludu w niespodziewanej bliskości Braci Karamazow Franka Castorfa, innej z najnowszych berlińskich opowieści o ulicznych buntownikach.

Script logo