Trybuny i trybunały. Czekając na królestwo J. H. W. H. (13 grudnia 2015 r.)

   Jako teatrolog i performatyk nigdy nie miałem ochoty na zajmowanie się performansami publicznymi - społecznymi czy politycznymi. Jako obywatel naznaczony doświadczeniem PRL-u nigdy nie miałem ochoty na czynny udział w polityce (jak w piosence "Nie wierzę politykom, nie"). Owszem, podziwiałem nieraz badaczy, którzy umieli analizować te teatra polskie, ale wolałem sferę ludyczno-artystyczną. Napisałem nawet książkę, za którą o mało nie wyleciałem ze środowiska akademickiego (warto było!). Teraz jednak, kiedy przyglądam się ciągnącym przez Warszawę tłumom manifestantów, uznaję wręcz za konieczność wypowiedzenie się w sprawach publicznych. Przy czym nie mam najmniejszego zamiaru patrzeć na rzeczywistość przez okulary jednej czy drugiej tylko strony. Walczą ze sobą dwie wielkie frakcje ruchu "Solidarności", nienawidząc siebie nawzajem bardziej niż kiedyś wspólnie nienawidzili komuny. Ten agon, wielkie starcie, które odbywa się na naszych oczach, nie prowadzi donikąd. Ani ci pierwsi nie zbudują nowej Polski, ani ci drudzy nie obronią Polski budowanej przez ostatnie lata. Dopóki nie przyznają, że ta druga strona ma prawo istnienia i działania. I nie ugryzą się w język, zanim powiedzą "faszyści", "Polacy najgorszego sortu", "szaleńcy".

     Zastanawiam się co dzień całkiem serio jak osiołek w wierszu Fredry. Jak mógłbym uwierzyć władzy, która ma służy specjalne, wojsko, rząd i prezydenta, a wciąż lęka się istniejącego poza jej wpływami Trybunału Konstytucyjnego? Jakimi są państwowcami, nie drukując jego wyroków i mówiąc publicznie, że przecież drukują? Jak mówił mój wykładowca od gramatyki opisowej, a teraz kolega z Rady Wydziału, kiedy ktoś przy tablicy mówił mu "ja się uczyłem, panie doktorze": "Nie interesuje mnie tryb niedokonany, interesuje mnie, czy się Pan NAuczył". Cóż z tego, że proces drukowania trwa, skoro końca nie widać. Cóż po słowach, skoro nie idą za nimi czyny. Od razu spieszę jednak z wyjaśnieniem, że - spojrzawszy na świat przez okulary przeciwników obecnej władzy - spojrzę nań teraz przez okulary jej zwolenników. Jeżeli sędziowie Trybunału Konstytucyjnego wraz z prezesem brali udział w przygotowywaniu ustawy o tymże Trybunale, a pół roku później wyszło, że ta ustawa jest niekonstytucyjna, to logiczne jest, że powinni się podać do dymisji. Jeżeli partia do niedawna rządząca świadomie dążyła do wybrania pięciu zamiast trzech sędziów Trybunału (czyta: złamania konstytucji), to jakie ma dziś moralne prawo stawania w obronie konstytucji? Jak ja - toruńczyk -  mam wspierać tę partię, skoro łamie ona prawo w konkursie na dyrektora Teatru im. W. Horzycy i nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za wywołanie kryzysu w tym teatrze. Nie jestem pewien, czy załatwia swoje prywatne sprawy, ale nie wiem też, a mam prawo przecież wiedzieć, jakie są jej zamiary i jaki plan rozwiązania sprawy. Tymczasem władza w stylu przeciwników jednym ruchem zmniejsza dotacje dla teatru. Czyli co? Zespół zostaje ukarany za to, że wyraził swoje zaniepokojenie biegiem spraw? Że skorzystał ze swoich obywatelskich praw?

    Oglądając wczoraj demonstrację Komitetu Obrony Demokracji, przypomniałem sobie starą piosenkę Kultu Czekając na królestwo J.H.W.H. Miałem już dość skandowania, które rozchodziło się z telewizora, więc zostawiłem sobie obraz manifestantów, a dodałem dźwięki tej piosenki. Pasowały doskonale:

"I ja mówię ci, że ci, co władzę mają,
Robią syf i w tym syfie się tarzają.
I mówię ci, że ten, kto ma władzę,
Niech zawsze, zawsze budzi w tobie odrazę.

Niezależnie, kto to będzie.
I niezależnie, skąd on będzie."

Cała piosenka na YouTube, niestety bez teledysku

Już dawno tak mocno nie zgadzałem się z tym przekazem. Ostatnio jako pryszczaty smarkacz biegający z koncertu na koncert. Potem przez lata studiów i pracy na uniwersytecie racjonalność nakazywała wybieranie "mniejszego zła", "człowieka z kompetencjami", "związanego z Toruniem i gotowego działać na rzecz miasta", "sprawdzonego".

    Zdumiewające jest najbardziej to, że Ci, którzy mają mandat do dyskutowania na forum sejmowym, spotykają się od wczoraj na ulicach. Podgrzewają emocje, podczas gdy czas wymaga rozumu, rozsądku, dialogu. A co będzie, kiedy większość ludzi - tych zwykłych Polaków, którzy zarabiają 2000 zł, wejdzie w tryby myślenia anarchistycznego:

"Po pierwsze, najlepszy król to żaden król.
Po drugie, najlepszy rząd to żaden rząd.
Po trzecie, najlepszy pan to żaden pan.
Najgorszy czas to ostatni czas."

Na czym wtedy zbudujemy cokolwiek? Nie mówię tu o rzeczach wielkich. Czekając na królestwo J. H. W. H., które z pewnością nadejdzie - w postaci ciemności albo (w co chciałbym wierzyć) anielskich jasności, mówię o rzeczach małych: chlebie, byciu z ludźmi, pracy dla..., myśleniu o...

Script logo