Pola Athenry i ciało kibica (29 grudnia 2015 r.)

    Dla polskiego futbolu rok 2015 zakończył się sukcesem: awansem na mistrzostwa Europy, które odbędą się w przyszłym roku we Francji. Jako że na samym finiszu eliminacji Polska (na szczęście) pokonała Irlandię 2:1, przypomniał mi się niezapomniany mecz Hiszpania-Irlandia rozegrany podczas Euro 2012 w dniu 15 czerwca na Baltic Arena w Gdańsku. Tak, to ten mecz, który irlandzcy kibice zakończyli chóralnym śpiewaniem pieśni Fields of Athenry. Pojechałem na ten mecz autobusem, autostradą AmberOne niecałe dwie godziny, na stadion w kształcie złotego bursztynu.  Ale tego dnia stadion w Gdańsku, jak i całe miasto, był niemal w całości zielony. Zielone ludziki łaziły od rana po ulicy Długiej, racząc się piwem i wprowadzając w nastrój. Po godzinie 16.00 zielone ludziki wyłaziły już ze skrzynkami piwa z każdego sklepu na starówce. Miasto przeżywało oblężenie – jedno z tych przyjemnych oblężeń, które przemieniają zwykłą codzienność w czas karnawału. "Już nigdy policja nie będzie tak miła" - jak śpiewał Bogusław Linda w Finlandii Świetlików.
    Na Dworcu Głównym, skąd odjeżdżała kolejka SKM na stadion, tłum był już tak gęsty, że od torów odgradzał go kordon policji. Do policjantów dzielni Irlandczycy nie mieli nic. Do policjantek i owszem. Piękne śpiewy i okrzyki „Will you marry me?” Żadnej agresji, raczej zwyczajne efekty podchmielenia – ponadprzeciętna śmiałość i nieroztropność w kwestii ożenku z nieznaną panną. Prawdziwe efekty podchmielenia oraz dowód na to, że w centrum karnawału zawsze znajduje się napełniane świeżym powietrzem, wolnością, radością oraz rozmaitym jadłem i napitkami CIAŁO, ujawniły się w drodze ze stacji SKM pod bramy stadionu. Doświadczeni kibice w zielonych barwach dobrze wiedzieli, że nie ma co liczyć na stadionową hydraulikę, i oddawali strumienie moczu, stojąc dziesiątkami wzdłuż alejki prowadzącej na Baltic Arena. Nikogo nie gorsząc. O tym, że mieli całkowitą rację, przekonaliśmy się w przerwie meczu, kiedy weszliśmy do stadionowej toalety, ignorując ostrzeżenia wychodzących stamtąd. Obraz w środku przypominał nieco Wesele Smarzowskiego (ów dramat kanalizacyjny, który tam się rozgrywa). Tylko że to nie był film, lecz realny PERFORMANS. Dość powiedzieć, że można było sikać do pisuaru lub wprost na ścianę, nie miało tu już większego znaczenia. Przypomniały mi się filmy wojenne, w których bohaterowie wchodzą na bagna, uciekając przed obławą, i taplają się w mętnej wodzie. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że CIAŁO kibica jest bogiem futbolowego karnawału. To jemu oddaje się cześć największą – obojętnie, czy będą to parówki w bułce i gorąca herbata na meczu towarzyskim Polska-Irlandia (smętne 0:0 w listopadzie 2013 r.), czy czyste emocje w październiku 2015 albo podczas Euro 2012.    
    Mecz oglądaliśmy górnej trybuny, z dość wysoka. Zza bramki hiszpańskiej (w pierwszej połowie). Na dużym stadionie z takiej odległości szybko nabiera się przekonania, że ogląda się jakiś dziwny film czy grę komputerową, w której ludziki w jednym kolorze ganiają się z ludzikami w drugim kolorze. Nie odczuwasz, że kosztuje ich to utratę sił, że leje się pot i trzeszczą kości. Ich CIAŁA przemieniają się jakieś bezcielesne AWATARY unoszące się na jasnozielonym niebie-pulpicie. W "naszym" meczu zielono-białe piłkarzyki nieustannie próbowały podać piłkę na skrzydło i przedostać się na drugą połowę. Podanie, podanie, podanie, strata. Nieustannie im się to nie udawało, bo przeszkadzały im te hiszpańskie potwory (dla sektorów po przeciwnej stronie stadionu bogowie i herosi). Jak w grze komputerowej (takiej, której nie lubimy) wynik zielonych nie ulegał zmianie, a wynik herosów bezlitośnie piął się aż do cztery zero. Powoli dojrzewaliśmy do myśli, że oto oglądamy sobowtóry polskich piłkarzy, którzy polegną na polu chwały. I znów będą się potem podnosić z tego pola latami. Tyle że irlandzcy kibice, którzy zaludnili Gdańsk i Poznań (tam zagrali wszystkie trzy mecze) oraz najważniejsze miasta pomiędzy nimi, to znaczy Toruń i Bydgoszcz, czyli kwatery, gdzie mogli dojść do siebie, użyli broni, która i nam nieraz ratowała skórę (może nie honor, ale samopoczucie na pewno). Znacie pewnie Broniewskiego „Ale krwi nie odmówi nikt/ Wysączymy ją z piersi i z PIEŚNI”.  No właśnie. W futbolu krew nie leje się za często, ale krwawiące dusze mają kibice po wielu wizytach na stadionie. Z krwawiących serc Irlandczyków wyrwała się PIEŚŃ, którą śpiewali długimi minutami, wprawiając w osłupienie cały futbolowy świat.
    Oni mieli pod górkę w historii, tak jak i my. Mieli swoich Rosjan i Prusaków. Mieli swoją Amerykę, i swój głód, który ich do niej pędził. Mieli swoje stosy trupów. I dylematy: bić się czy ucywilizować na modłę najeźdźcy? Do dziś są tacy dziwni: czupurni, do bitki i do wypitki, z rozumem na bakier, do tańca i do różańca (powiem uczciwie, nie widziałem takich rekwizytów). Bardziej do biegania niż do boiskowej wirtuozerii. Wydarło się więc z tysięcy gardeł to Fields of Athenry. Tekst angielski można znaleźć w Internecie, więc nie będę go tutaj przytaczał w całości. Trochę go sobie po polsku ugładziłem, nie będzie w szczegółach odpowiadał oryginałowi.

Przez zimną, więzienną ścianę
Słyszałem dziewczyny wołanie.
„Michael, zabrali cię za to, że
ukradłeś kukurydzę Trevelyana,
Aby nasz mały mógł zobaczyć następny poranek.
Teraz statek więzienny już czeka w zatoce.”

Tam w dole leżą pola Athenry,
Gdzie kiedyś widzieliśmy, jak leci wolny ptak.
Nasza miłość miała skrzydła, my marzenia i tę pieśń.
Teraz pusto jest na polach Athenry.

Przez zimną, więzienną ścianę
Słyszałem młodego człowieka wołanie
„Nic nie znaczy, Mary, więcej niż wolność.
Przeciw głodowi i Koronie
Zbuntowałem się i dopadli mnie.
Teraz musisz godnie wychować nasze dziecko.

Tam w dole leżą pola Athenry
Gdzie kiedyś widzieliśmy, jak leci wolny ptak.
Nasza miłość miała skrzydła, my marzenia i tę pieśń.
Teraz pusto jest na polach Athenry.

Nad brzegiem zatoki dziewczyna
Widziała spadającą gwiazdę,
Kiedy statek więzienny odpływał w dal.
Na pewno będzie czekała, wierzyła, modliła się
Za swą miłość w Zatoce Botany.
Teraz jeszcze puściej jest na polach Athenry.”

Nie jest to może wybitna poezja. Jednak refrenowa fraza "Low lie the fields of Athenry" znamionuje wybitnego tekściarza. Aż trudno uwierzyć, że tekst napisał dublińczyk Pete St. John w 1970 r. Tak! To nie jest XIX-wieczna ballada, choć  tak brzmi każdemu, kto kiedykolwiek słuchał irlandzkiej muzyki folkowej. W YouTube znajdziecie wiele wersji tej piosenki: śpiewał ją Paddy Reilly i The Dubliners. Moje ulubione wykonanie to wersja The Malleys – o tutaj.
 
No właśnie, nic nie znaczy, Mary, więcej niż wolność - śpiewali irlandzccy fani (tutaj próbka prawdziwego kibicowania). Jeszcze wrócimy na pola Athenry. Śpiew na stadionie był przeplatany oklaskami – tak jakby deszcz uderzał nagle w blaszany dach. Śpiewali i śpiewali, Günther Jauch, komentator niemieckiej telewizji powiedział, że jeszcze nie została odśpiewana ostatnia pieśń, ale to już koniec turnieju dla drużyny irlandzkiej. Dla piłkarzy tak, dla kibiców zaczęła się długa noc na ulicy nomen omen Długiej. Z huczną zabawą, toastami, tańcami, wykopywaniem piłki pod czarne niebo Gdańska. Tylko głupi nie wie, że kiedy przegrał, powinien iść do domu, a smutek zachować dla siebie? Nie, tylko mądry wie, że smutek w gronie przyjaciół dzieli się na mniejsze cząsteczki i może nawet gdzieś znika, ulatnia się. Energię powinni czerpać ludzie z bycia razem, od siebie nawzajem.
    Karnawał piłkarski, tak jak każdy karnawał, odsłania ponadto prawdę o dwoistości świata. Po jednej stronie monety zwycięstwo, po drugiej porażka, po jednej ciało, po drugiej duch, po jednej śmiech, po drugiej smutek. Rzucasz monetą, grasz swoim życiem. Raz wypada jedno, raz drugie. Ale to wciąż jedna moneta. całość Twojego doświadczenia.




Script logo