O tym, że świat się nie zmienia, historia nie jest nauczycielką życia i że Czechowa należy bezapelacyjnie grać TYLKO po rosyjsku. KONTAKT 2016. Dzień drugi, trzeci i czwarty (25 maja 2016 r.)

     Od poniedziałku festiwal nabrał tempa. W trzy dni zobaczyliśmy pięć spektakli, w tym aż trzy z nurtu teatru dokumentalnego. Wiele osób ostrzyło sobie zęby na Mein Kampf Rimini Protokoll. Jeśli ktoś spodziewał się co drastyczniejszych wyimków z "biblii" Hitlera, srodze się zawiódł. Według mnie prawdziwym tematem niemieckiego spektaklu nie jest Mein Kampf - przeciętne, antysemickie i antyludzkie czytadło z nurtu volkistowskiego (jak dowodzi na ekranie autor krytycznego wydania), lecz kwestia siły medium książki. Twórcy spektaklu zgromadzili na scenie wszystkie niemieckie wydania "dzieła" Hitlera, dodając do nich egzotyczne przekłady na chiński, turecki, indonezyjski, na japońską mangę i komiks. Śledzili obecność egzemplarzy Mein Kampf we własnej kulturze i na całym świecie, zastanawiając się, czy wygaśnięcie praw autorskich uczyni z tej zatruwającej umysły książki bestseller wydawniczy. Chociaż spektakl nie budzi większych emocji, nie stara się epatować cytatami z Hitlera, to jednak ma dla mnie jeden moment uderzająco mocny: oto Hitler opowiada o swoich wędrówkach po Wiedniu, kiedy natrafia w jakiejś księgarni na broszury antysemickie. I pisze dalej, że po lekturze widzi już świat zupełnie inaczej, podzielony na Żydów i nie-Żydów. Taka może być prawdziwa siła medium książki.

     Prawdziwym wydarzeniem pierwszej połowy festiwalu był holenderski Gawriło Princip - teatralno-filmowa opowieść o słynnym zamachowcu, za sprawą którego wybuchła pierwsza wojna światowa. Serbscy anarchiści w spektaklu mają ekspresjonistyczne maski na twarzach, czarne cienie i mazy na grubym białym podkładzie. Twórcy z De Warme Winkel zręcznie opowiadają biografię Principa na ekranie, na który transmitowane są scenki dziejące się w głębi w rozstawionych tu i ówdzie dekoracjach. Wyłania się z tej niezwykle plastycznej opowieści portret kruchego psychicznie człowieka, z doświadczeniem dzieciństwa w serbskiej wielodzietnej rodzinie, pobytu w szpitalu psychiatrycznym, terrorystycznego wtajemniczenia. W realistycznych filmowych obrazach co rusz zjawia się twarz chaplinowskiego trampa z czarnym wąsikiem i o smutnych oczach. Vincent Rietfeld, który gra Gawriła, otrzymuje w końcówce spektaklu do dyspozycji popisową scenę demaskacji, która zawsze i w teatrze, i w kinie robi duże wrażenie. Podczas monologu Rietfeld zmywa stopniowo makijaż, a spod maski anarchisty-terrorysty wyłania się ludzka twarz. Świetnie zagrana scena. Według mnie późniejszy finał z przeskokiem do czasów współczesnych nie jest już potrzebny. Moglibyśmy pozostać w tym sentymentalnym, epickim dystansie do świata, który dawno przeminął. Ale został jednak dodany pomost ku współczesności w postaci filmowanego przez zachodnią telewizję wywiadu-manifestu "braci", którzy opuścili Holandię, aby walczyć o wolność Syrii. Ta scena ma oczywiście nie tylko wymiar publicystyczny. Burzy nostalgię. Prowokuje do refleksji. Serbowie, Syryjczycy, Kurdowie, Palestyńczycy, kosowscy Albańczycy i wielu, wielu innych. Wszystkie te narody małe i duże, mielone w żarnach geopolityki i wielkiej historii, za słabe, aby stworzyć własne państwo, ale wystarczająco silne, aby trwać i rzucać wyzwanie władzy. Naprawdę wart uwagi jest spektakl de Warme Winkel. 

      Nie zrobił już na mnie większego wrażenia trzeci spektakl dokumentalny - amerykańskiego Theater Mitu Juarez: mitologia dokumentalna. Tryb rzeczowego referowania i oddawania głosu wielu świadkom makabrycznych zdarzeń w światowej stolicy morderstw nie pozwalał na identyfikację widza w mieszkańcami miasta, którzy stali się ofiarami rozkładu państwa meksykańskiego, hegemonii gangów narkotykowych i antynarkotykowej polityki USA. Mimo że reżyser Ruben Polendo pochodzi z Juarez, nie udało mu się ukazać osadzonej lokalnie, zwłaszcza w kulturze meksykańskiej i języku hiszpańskim, społeczności dotkniętej apokalipsą. Powstała raczej plakatowa, nazbyt uniwersalna opowieść o Gotham City - z gromadą Jokerów w maskach meksykańskich zapaśników, liderów gangów narkotykowych. Szkoda tematu.

      Miłym przerywnikiem w morzu problemów współczesnego świata mogła się stać inscenizacja Wiśniowego sadu Antona Czechowa w zbiorowej reżyserii belgijskiego zespołu STAN. Tak się nie stało. Sam pomysł inscenizacyjny wydaje się nawet interesujący, ale utonął w angielszczyźnie, którą nie wiedzieć czemu wybrali twórcy spektaklu. Nie wchodząc w szczegóły, napiszę, że spektakl miał dla mnie dwa momenty głębszego poruszenia. Kiedy Waria (Evgenia Brendes) nagle zaczyna mówić po rosyjsku i cały świat na scenie zyskuje niespodziewanie dodatkowe barwy. Oraz w scenach tańca - trochę w stylu disco-techno, które wnoszą świeżą energię do tej nieznośnej, męczącej gadaniny. Ta sama Evgenia Brendes, tańcząc solo na tle wielkich okien i pląsających w głębi sceny postaci dramatu, okazuje się najciekawszą figurą tego Wiśniowego sadu. Przybrana. Niechciana. Porzucona. Wielki potencjał kreacji w zestawieniu z głupiutką, acz uroczą Anią (Evelien Bosmans).

     Na uniwersytecie wypełniliśmy czas oczekiwania na wieczorne spektakle wykładami dwóch jurorów tegorocznego KONTAKTU. We wtorek absolutnie popisowy performans zaprezentował prof. Dariusz Kosiński, dając studentom i pracownikom UMK błyskotliwą lekcję czytania dramatów Juliusza Słowackiego. Szkoda, że nie przy równie pełnej sali odbył się wykład środowy Thomasa Irmera o współczesnym teatrze niemieckim, a zwłaszcza procesie jego festiwalizacji i umiędzynarodowienia. Z rozmowy po wykładzie - przy kawie i zimnych napojach - na temat teatru i polityki, teatru i historii naszego regionu Europy pozwolę sobie wyjąć jedno wspomnienie naszego gościa. O pierwszym spotkaniu z teatrem Franka Castorfa. Otóż w czasach, gdy Castorf pracował w Anklam, jego zespół dawał czasami spektakle dla żołnierzy armii NRD, którzy wtedy stacjonowali w dużej liczbie przy granicy z Polską - z tą zrewoltowaną Polską z czasów karnawału "Solidarności" i stanu wojennego. Wśród raptem pięciu osób na widowni znalazł się młody Thomas Irmer, urodzony w Poczdamie w 1962 roku. Kilku żołnierzy (i człowiek od zamykania sali po występie) obejrzało przedstawienie mało komu wtedy znanego Castorfa. Oficer odpowiedzialny za ukulturalnianie podwładnych napisał jednak w raporcie: "Frekwencja na spektaklu: 100%". Przydało się  to także Castorfowi jako dowód, że dzielnie służy socjalistycznej ojczyźnie. A dla Thomasa Irmera rozpoczęła się przygoda z reżyserem, która trwa już 35 lat i przyniesie wkrótce książkę mu poświęconą.

Script logo