Mewa z nieba (Berlin, 6 września 2015 r.)

   Mewa Antona Czechowa w Deutsches Theater w reżyserii Jürgena Goscha, spektakl, który premierę miał w 2008 r., a w 2009 otrzymał nagrodę krytyków dla najlepszego spektaklu sezonu. Jeśli ktoś widział Mewę Arpada Schillinga czy Oskarasa Koršunovasa nic go tutaj tak naprawdę nie zdziwi. Spektakl jest grany na scenie pudełkowej, ale portal sceny został „zamurowany”, zamknięty, a wszyscy aktorzy muszą się zmieścić na niezbyt głębokim proscenium. Wchodzą na scenę tłumnie i przyglądają się, siedząc z boku, tym, którzy akurat grają własną scenę. Wszyscy mają na sobie kostiumy, ale na tyle dyskretne, że można mieć wrażenie, że gra się tutaj nie tylko bez scenografii, ale i bez innych środków wyrazu – poza aktorskimi. Oświetla ich tylko jeden potężny reflektor umieszczony z tyłu widowni i przesłonięty gazą. Nie ma światłocieni, który pozwoliłyby widzowi zanurzyć się w świecie iluzji. Aktorstwo jest przednie. Naprawdę przednie, szczyty aktorstwa realistyczno-psychologicznego.
   Prawdę mówiąc, poszedłem na ten spektakl dla Czechowa i dla Corinny Harfouch, którą pierwszy raz widziałem u Franka Castorfa – z łysą głową, w mundurze niemieckiej armii grała „generała diabła”. Od tamtego przedstawienia minęło prawie dwadzieścia lat. Harfouch już wtedy należała do gwiazd niemieckiego teatru, co tu mówić o niej dzisiaj. A jednak nie tylko w pierwszych scenach Mewy Goscha, w której gra Arkadinę, nie dało się odczuć, że jest megagwiazdą w zespole. Szczupła, delikatnej urody, przyciąga uwagę, kiedy z lekkim uśmiechem śledzi sceny przygotowań do spektaklu Konstantego (Alexander Khuon). Na najwyższym poziomie stoją jej sceny z synem, kiedy opatrując mu głowę, bandażuje mu usta, żeby nie powiedział nazbyt wiele, z bratem Piotrem, który ma atak i pada kilkakrotnie – nieco melodramatycznie – z nóg, i z ukochanym Trigorinem, który kursuje pomiędzy nią i młodą Niną Zarieczną. Niespodzianki tego spektaklu to: niezwykle mocna, przemyślana rola… Sorina, brata Arkadiny (Christian Grashof), zawadiacka kreacja nad wyraz młodego i żwawego Trigorina (Alexander Khuon) oraz wybijający się na pierwszy plan dramat dwojga młodych: Konstantego (Jirka Zett) i Niny (Kathleen Morgeneyer).
   Grashof, aktor już po siedemdziesiątce, czyni z Sorina pełnokrwistą postać cherlającego na zdrowiu, ale wciąż energicznego wujka – śmiesznego i wzruszającego zarazem. Jego śmiech połączony z nerwowym kaszlem palacza, jego determinacja w obronie Konstantego – jako artysty i syna, i Niny – jako artystki i kobiety, tworzą z postaci traktowanej zwykle jako marginalna prawdziwego aktora wydarzeń w domu Arkadiny. Podobnie świetną kreację dał Alexander Khuon, którego Trigorin niespodziewanie okazuje się amantem w typie d’Artagnana z francuskim wąsikiem i werwą w traktowaniu kobiet. Może mieć każdą kobietę, ale nie może znaleźć uznania jako pisarz – artysta. Młodzi mają jeszcze gorzej. Dwudziestoparoletni Jirka Zett, jeden z talentów niemieckiego teatru, nie pozwala uwierzyć, że Konstanty jest już dorosły i samodzielny. Na pewno nie jest obiecującym pisarzem. Co do Niny można mieć pewne nadzieje, choć dla mnie Zarieczna Kathleen Morgeneyer jest nazbyt naiwna. W pierwszej części spektaklu to bardziej głupia gąska niż mewa, co w drugiej części nie pozwala uwierzyć w jej nadzwyczajną przemianę w cierpiącą artystkę. A jednak dostali młodzi od reżysera Goscha piękną scenę ostatniego spotkania. Ona wskakuje w pościel przyszykowaną dla Sorina, on wskakuje za nią do tego kokonu. Tam, przytuleni do siebie, pierwszy raz w życiu i ostatni prowadzą szczerą, intymną rozmowę. Jak młodzi zakochani. Z tego kokonu ona wyfrunie w świat (może przeistoczy się w motyla, kto wie?) a on pójdzie zniszczyć swoje dzieło i swoje własne życie. 
   Po samobójstwie Konstantego ręka reżysera zatrzymuje domowników w bezruchu. Świat się zatrzymał i nie ma siły, która pozwoliłaby mu płynąć dalej w przyszłość. Gosch umarł w 2009 r. krótko po premierze Mewy. Grają ją w Deutsches Theater nadal, siedemdziesiąty piąty już raz, na widowni wywołuje wciąż gorące owacje. Kilkanaście razy zespół wybiega zza kulis do widzów. Czy reżyser Gosch ogląda ten spektakl gdzieś tam z nieba i czy się uśmiecha, widząc, że oni tu na ziemi nadal dają radę z Czechowem?
   Jürgen Gosch to ważna postać niemieckojęzycznego teatru. Karierę reżyserską zaczynał w końcu lat 80-tych XX wieku w NRD. Debiutował w Poczdamie, wkrótce trafił do Volksbühne, gdzie wystawił Leonce’a i Lenę Büchnera. Spektakl został zdjęty z powodów politycznych, młody reżyser wyjechał do RFN, a potem niejednokrotnie pracował jako wolny strzelec – krążący niby mewa – w teatrach całej Bundesrepubliki. W latach 1984-88 był dyrektorem Thalia-Theater w Hamburgu, a w latach 1993-1999 – Deutsches Theater w Berlinie, przez chwilę (sezon 1988/89) następcą Petera Steina w Schaubühne. W 2004 r. został wybrany na reżysera roku w ankiecie „Theater heute” za Letników Gorkiego w Düsseldorfie, dwa lata później za Makbeta Szekspira w tym samym teatrze. Co ciekawe, to właśnie Gosch był reżyserem światowej prapremiery Boga mordu Yasminy Rezy w Zurychu w 2007 r. Można powiedzieć bez dużej przesady, że w najnowszych czasach okazał się niemieckim specjalistą od Czechowa: z Wujaszkiem Wanią i Mewą – najlepszymi spektaklami lat 2008 i 2009. W 2009 r. odebrał wraz ze swoim scenografem Johannesem Schützem prestiżową Theaterpreis Berlin na scenie, na której do dziś grana jest jego Mewa. Umarł na raka.

Script logo