Ludzie mają „pałer”. Patti Smith i Voo Voo w Dolinie Charlotty (13 sierpnia 2017 r.)

   Pojechałem do Doliny Charlotty już czwarty raz (w miłym towarzystwie). Tym razem trochę w ciemno, bo w mojej płytotece nie ma prawie nic z dyskografii Patti Smith. Tak się jakoś złożyło. Po jej tegorocznym koncercie przyszedł czas na uzupełnienie tej luki. Bo Patti Smith w wieku, o którym nie napiszę, ale który chciałbym osiągnąć w takiej jak ona kondycji, jest wspaniałą, charyzmatyczną artystką.

   Przed nią zagrało Voo Voo. Widziałem już ich w tym roku na rynku w Jarocinie, ale mimo że było czadowo i że ich lubimy z żoną od lat, jakoś mnie nie porwali. W Dolinie Charlotty przeciwnie. Zagrali płytę 7 (prawie całą – bez Poniedziałku), która nie należy do łatwych w odbiorze, a na pewno nie nadaje się na luzackie warunki amfiteatru, zabrzmiała jednak re-we-la-cyj-nie. Właśnie dlatego, że zespół dał ludziom godzinę bezcennej kontemplacji, rzadką dziś okazję obcowania z muzykami o niezwykłej wrażliwości. Zniknęło niebo i drzewa i ludzie, jakaś siła przeniosła nas do zaczarowanej filharmonii. Niezwykłe uczucie, niesamowite. I jeszcze te efekty specjalne w postaci mięcia i darcia gazety przy mikrofonie – zamiast sampli, których moglibyśmy się spodziewać. Urocze efekty teatralne w stylu retro. Wojtka Waglewskiego podziwiam nie tylko za niepodrabialny ciepły, a zarazem męski timbre głosu, ale także za to, że świadomie zrezygnował z kolegami z czadowego grania, aby „pani Patti” mogła wczuć się odpowiednio w swój koncert. Myślę, że mogła się wczuć w stu procentach. Zwłaszcza po zaskakującej, rozbudowanej, wręcz rozbuchanej, nieco afrykańskiej w pierwszej części, wersji Wtorku.

   Ostatnio Patti Smith bywa w Polsce dosyć często. Nie wiem, czy to był powód, że amfiteatr w Dolinie Charlotty nie zapełnił się do ostatniego miejsca. Ci, którzy nie przyjechali, niech żałują. Nie opiszę koncertu w detalach, bo zrobią to fachowcy, a ja nie mam zwyczaju notowania podczas wakacyjnych wypadów. Ale jako że artystka nie była mi bliżej znana, zrobiłem sobie risercz w domu i mogę przywołać garść utworów, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Dancing Barefoot – stylowa, energetyczna piosenka o miłości dała dobre wprowadzenie w koncert (choć nie była pierwsza). W Ghost Dance z połowy lat 70-tych napisanym w hołdzie dla plemienia Indian Hopi Patti Smith objawiła się jako indiańska szamanka. Zanim zaczęła śpiewać tę folkową pieśń, upomniała się o Puszczę Białowieską – o drzewa jako naszych (jeszcze żyjących) przodków. W melorecytowanym z przejęciem fragmencie poematu Andrieja Tarkowskiego zatytułowanym po prostu Tarkovsky (The Second Stop is Jupiter) Patti Smith odsłoniła swój temperament poetki-performerki, wychodząc na estradę z książką w ręku i perorując o mistrzu kina i jego znanym filmie Dzieciństwo Iwana. Brzmiała jak Jim Morrison recytujący poematy u schyłku swojej kariery.

   Potem był jeszcze cover utworu U2 z legendarnego albumu Joshua Tree. Mowa o Mothers of the Disappeared. Smith wykonywała go w końcu lipca na koncercie U2 na Stade de France w Paryżu, widać, że była bardzo zaaferowana tym występem na megakoncercie. U nas miała skromniejsze audytorium i zabrzmiała mocniej, choć jej zespół nie powtórzył niepodrabialnego basu irlandzkiej supergrupy. Śpiewała:

Midnight, our sons and daughters

Were cut down and taken from us.

Hear their heartbeat

We hear their heartbeat.


In the wind we hear their laughter

In the rain we see their tears.

Hear their heartbeat, we hear their heartbeat.”

 

„Północ, naszych synów i córki

Oderwali od nas i zabrali.

Słyszysz ich bicie serca?

Słyszymy ich bicie serca.

 

W wietrze słyszymy ich śmiechy

W deszczu widzimy ich łzy.

Słyszysz ich bicie serca?

Słyszymy ich bicie serca.”

 

Piękna, zaangażowana piosenka zaśpiewana mocnym głosem.

    Na mój gust największy przebój komercyjny Patti Smith Because the Night zabrzmiał średnio. Wprowadził jakąś taką nutę PRL-owskiego festiwalu w Sopocie. Na szczęście potem pojawiła się wybuchowa wersja Glorii obramowana buntowniczą frazą „Jesus died for somebody’s sins, but not mine” („Jezus umarł za czyjeś grzechy, ale nie za moje”), która w ustach byłej członkini wspólnoty Świadków Jehowy brzmiała czadowo. Na finał „pani Patti” zaśpiewała People Have the Power, czyniąc aluzję do pewnego wielkiego człowieka, który poprowadził ruch „Solidarności” i zainspirował ją do napisania tej piosenki. Nie wymieniła nazwiska tego człowieka, bo wstyd by był, gdyby w Polsce (i na świecie) ktoś go nie znał. Wcześniej nie wymieniła nazwiska pewnego ministra, którego „działania ochronne” prowadzą do zagłady ostatniej puszczy w Europie. Można mieć nadzieję, że ludzie, którzy mają moc, siłę, władzę, ludzie, którzy mają „pałer”, sprawią, że to akurat nazwisko zostanie zapomniane.

   W moim riserczu najbardziej zaskakującym odkryciem było pochodzenie tytułu ostatniej jak na razie płyty Patti Smith Banga. Banga to imię psa Poncjusza Piłata w Mistrzu i Małgorzacie Bułhakowa. Miłość do rosyjskiej literatury to kolejny powód, by polubić artystkę. A słowa „Loyalty rests in the heart of a dog” („Lojalność spoczywa w sercu psa”) powinno się wysłać pewnemu ministrowi jako memento. Żeby przeczytał sobie zimną nocą, gdy jego pana, kimkolwiek on jest, dopadnie ból głowy.

Script logo