Hemar. Marchewka. Niespodzianka (29 czerwca 2016 r.)

   Za nami tydzień niespodzianek. Kto by się spodziewał, że Polska wygra ze Szwajcarią, choć balon narodowej dumy napompowany został już kilka tygodni temu. A jednak stało się: najpierw "zwycięski" remis, potem "zwycięska" dogrywka, trochę obrony Częstochowy i wreszcie celny strzał Krychowiaka z karnego, który nieoczekiwanie przeniósł nas wszystkich w czasy świetności, czyli w połowę lat osiemdziesiątych, kiedy ostatnio zdarzyło się Polakom zagrać więcej niż trzy mecze na wielkim turnieju. Nic to, że gramy niezbyt porywająco, nic to, że nasz snajper Lewandowski ma statystyki porządnego bramkarza (zero z tyłu). Grunt że potęga portugalska drży przed nami, a upadnie już jutro. Oby. 

     Dla mnie prawdziwą niespodzianką było jednak w tym tygodniu coś innego. Poświęciłem swą futbolową pasję i udałem się na premierę spektaklu w Kujawsko-Pomorskim Impresaryjnym Teatrze Muzycznym "Hemar. Marchewka - próba generalizacji" (re.z Bartek Wyszomirski). Poświęcenie było spore, bo gdy w kameralnej sali Teatru Muzycznego rozbrzmiewały nuty kolejnych piosenek wielkiego tekściarza-poety międzywojnia i emigracji londyńskiej, w pubach Starówki wybuchały co rusz okrzyki entuzjazmu (kibiców włoskiej piłki) i bolesnego rozczarowania (kibiców Hiszpanii). Prawdę mówiąc, bardzo nie lubię wybierać między futbolem i teatrem, ale tym razem wybór okazał się jak najsłuszniejszy. Czwórka aktorów, w tym znany z seriali telewizyjnych Michał Chorosiński i najlepsza w tym zespole Paulina Grochowska, dała naprawdę udany występ, rozgrzewając się z minuty na minutę. W przestrzeni ni to redakcji gazety, ni to radiowego studia, z mikrofonami pamiętającymi przedwojenne "radjo", ale też z na wskroś współczesnymi klawiaturami komputerów monitorami rozświetlanymi przez esy-floresy wygaszaczy ekranów, cała czwórka wyrecytowała i wyśpiewała sporą garść tekstów Mariana Hemara. Nie powiem, że wszystkie w równym trzymają poziom i uwagę słuchacza, ale wyróżnia je sprawność rymotwórcza, inteligencja, polszczyzna (czy polszczyzna jeszcze istnieje na tym medialnym śmietniku wokół nas?) i żywioł satyry (czy satyra istnieje jeszcze na śmietniku hejterstwa?). Bez nadmiernych kombinacji, zmieniając się przy pianinie, akompaniując na gitarze (Jeremiasz Gzyl) lub skrzypcach (Karolina Michalik) czwórka z Muzycznego umiejętnie kreowała nastroje satyryczne (głównie krytyka polityków, ich żon, polskich wad narodowych), liryczno-sentymentalne (tęsknota za Polską) i prześmiewcze (relacje męsko-damskie, w tym nieśmiertelne dowcipy o mężach i żonach - drugich, trzecich itd.). Jeśli miałbym wskazać dwa przeboje tego wieczoru, to byłaby to najpierw tytułowa Marchewka - niesamowicie aktualna przypowieść o jałowości działań polityków. Skrobią nam te marchewki (ustawy, uchwały, wyroki, konstytucje), kroją, gotują, podają na stół, a potem - gdy nikt nie chce ich zjeść - wyrzucają (wyrzucamy) je do kosza. Dla mnie Marchewką 25-lecia jest akurat reforma systemu emerytalnego, ale mniejsza o to. Świetnie zaaranżowany i zaśpiewany song polityczny. Drugi przebój to finałowa pieśń z nutą zadumy nad miarą naszych ludzkich działań, starań, losów: "A wino będzie, a nas nie będzie już". Z białym obrusem, z lampkami czerwonego wina. Z poezją, której nie za wiele we współczesnym świecie.

     Szukałem tej piosenki w Internecie i znalazłem ją tutaj - na stronie Polskiego Radia pod hasłem "Radia Wolności". Zofia Terne i Gwido Borucki śpiewają tekst Hemara do starej wiedeńskiej melodii:    

                     "A wino będzie, a nas nie będzie już

                      Melancholijna szepcze myśl

                      Zadzwoni śmiech dziewczęcy

                      A nas nie będzie więcej

                      O, piękne słowo, słowo "dziś"

 

 

Script logo