Co w trawie piszczy? (6 lipca 2015 r.)

Witam na stronie, która będzie poświęcona teatrowi i innym widowiskom w Toruniu. Postanowiłem (przed chwilą) nie ustanawiać tutaj symbolicznego początku w rodzaju przedstawienia Fredry na otwarcie sezonu teatralnego. 6 lipca 2015 r., kiedy piszę te słowa, to ani początek sezonu, ani jego koniec. W teatrach trwa przerwa urlopowa. Wczoraj jednak wróciłem z Doliny Charlotty, gdzie wystąpił Carlos Santana z zespołem i tym sposobem właśnie koncert Santany (z 4 lipca 2015 r.) otworzy wpisy w tym miejscu, w którym chciałbym na bieżąco opisywać aktualne wydarzenia - przedstawienia, widowiska i inne performanse, które zobaczę, usłyszę, których będę współuczestnikiem czy współtwórcą.

   Tak jak w ubiegłym roku pojechaliśmy do Doliny Charlotty dzięki uprzejmości kolegi Piotra (wielkie dzięki, bilety to nie jest tania sprawa). W tamtym roku był Bob Dylan, legenda rockowej poezji, cały na czarno, zamknięty w sobie, ale raz w życiu warto go zobaczyć na żywo. Amfiteatr był wypełniony w połowie, pogoda idealna, dużo miejsca do kontemplacji zdarzenia. Na Santanę jechaliśmy z lekkim opóźnieniem (po plażowaniu w Poddąbiu) i już na miejscu okazało się, że przyciągnął dzikie tłumy. Znaleźliśmy miejsce u góry na schodkach przy barierce, jakimś cudem wcisnęliśmy nasze dziewczyny na ławeczkę i za chwilę na scenie pojawił się Santana. I dał koncert idealnie dopasowany do upalnego wieczoru. Wyszedł w białej koszuli i czarnym kapelutku, z gitarą, z którą potrafi wyczyniać cuda. Nie zamierzam tu opisywać utworów po kolei, bo nie mam zwyczaju słuchać koncertów z notatniczkiem w ręku, ale dość powiedzieć, że grał przyjemne hity w rodzaju Maria, Maria czy Corazon Espinado.  Czarował niekończącymi się solówkami i "kazaniami" dla fanów (speech o jedności, ludzkości, harmonii i dwóch ważnych rzeczach w sercu: light and love), a także rytmiczną wirtuozerią całego bandu, w którym znalazł miejsce dla trzech perkusistów (świetnych) i dwóch wokalistów (takich sobie). Każdy z muzyków miał przy tym swoje pięć minut na popisy. Mieszały się rytmy latynoskie z bluesowymi, samba i bossa nova ze ska i Hendriksowym kosmicznym graniem. W  szczycie ekstazy koncertowej Santana wpuścił na sceną grupę młodych dziewczyn z widowni, żeby dwa ansamble: klaszczącego żywiołowo amfiteatru i rozkręconego na dobre bandu zjednoczyły się ostatecznie. Spoglądałem sobie na niebo, na balony reklamowe, na ciche domy okolicznych wiosek i na rozświetloną scenę, która emanowała energią, i rzeczywiście czułem "spiritual vibrations" (o których bodaj dwukrotnie mówił podczas koncertu Carlos Santana). I czułem także kulturową moc amfiteatru: sztuki wydarzającej się pod gołym niebem - tak jak w starożytnej Grecji.

   Potem był jeszcze marsz przez łąkę (siano w butach mam do teraz), udana ewakuacja (wszyscy jechali na Słupsk w korku, a my przez wieś) i długa noc w Koszalinie. Ale to już inna historia.

Fragment koncertu w Dolinie Charlotty, 2015

Script logo