Co teraz?! Deep Purple w Dolinie Charlotty (26 lipca 2016 r.)

     Czas zatoczył koło i wróciliśmy do Doliny Charlotty, do amfiteatru wypełnionego tym razem fanami Deep Purple. Przed nimi jako support grało Turbo, ale zdążyliśmy tylko na dwa ostatnie utwory, bo los chciał, abyśmy nagle zwiedzili Ustkę. Zamiast z plaży w Poddąbiu (ciepło, miło, falki, wietrzyk i arbuz plastikową łyżeczką prosto z wnętrza owocu - jak ze staropolskiej glinianej misy) pojechać do Doliny Charlotty, zwiedziliśmy komisariat policji w Ustce, gdzie nasz dzielny kolega, aczkolwiek cokolwiek nieuważny, odzyskał portfel i iPhone'a. Brawo ustecka policja i uczciwa znalazczyni. Turbo grało naprawdę energetycznie, więc łatwo było wkręcić się w atmosferę nadchodzącego występu gwiazdy. Gwiazda to mało powiedziane: sto milionów płyt sprzedanych, riffy, które zna każdy (Smoke on the Water) i wokalizy tysiąclecia (Child in Time). Obok Roberta Planta, który był tu już niedawno, Ian Gillan należy do najważniejszych "ryczących" wokalistów rockowych. Ale czy da radę dzielny staruszek już po siedemdziesiątce, nasuwało się pytanie. Słyszałem go kiedyś w Zabrzu, kiedy "Parple" grali koncert z trasy The Battle Rages On i prawie wszystko było w porządku: klawisze Jona Lorda, światła i lasery, ściana dźwięku, wierna publika, tylko głos Gillana brzmiał cieniutko. A jednak tym razem zespół wypadł znakomicie. I Gillan także dał radę (dobre zdjęcia z koncertu są tutaj na portalu "Głosu Pomorza")

     Nie trzeba już powtarzać, że Dolina Charlotty to idealne miejsce na koncert gwiazd rockowych. Nagłośnienie, światła, reakcje fanów i ich liczebność (było 9 tysięcy) składają się na atmosferę muzycznego święta. Zaczęli od Highway Star, a potem już poszło z górki. Wiadomo, że wszyscy czekali na te rozkoszne, hardrockowe starocie. Ludzi podnosiło do góry, kiedy "Parple" grali Smoke on the Water, Lazy, Black Night, ale dosyć sympatycznie brzmiały także takie "nowocie" jak gotycko-rockowy Vincent Price (nagranie w Youtubie tutaj) czy bezpretensjonalny Hell to Pay z płyty Now What?! Cechą charakterystyczną tego występu Deep Purple było przesolówkowanie. Jako że dwaj najstarsi członkowie zespołu Ian Gillan i basista Roger Glover co rusz udawali się za kulisy na odpoczynek i zapewne spory łyk tlenu, pozostali muzycy mogli sobie trochę poużywać. Zwłaszcza "młodzieniaszek" 62-letni gitarzysta Steve Morse. Chciałbym tak wywijać na gitarze po sześćdziesiątce, tak jak chciałbym śpiewać jak Gillan po siedemdziesiątce, mieć przynajmniej ochotę ruszyć w świat, między ludzi. Swoje trzy grosze co rusz dokładał klawiszowiec Don Airley, który nie jest może takim wirtuozem jak nieodżałowany Jon Lord, ale potrafi wycisnąć ze swojej klawiatury niesamowite dźwięki kosmiczne oraz palnąć ni stąd, ni zowąd spore kawałki Chopina z wielką swobodą i rozmachem. "Szła dzieweczka do laseczka" mógłby już sobie darować, ale na szczęście potem było Perfect Strangers, najlepszy utwór Deep Purple nagrany już po złotej dekadzie lat siedemdziesiątych.

     Wszyscy czekali na Child in Time, czyli Purplowskie Schody do nieba i... się nie doczekali. Noc była już zimna i można powiedzieć metaforycznie: czuć było powiew śmierci. Nie wiem, czy rozbawiony, rozgrzany tłum, zdawał sobie z tego sprawę. Gdyby Ian Gillan zaśpiewał swój arcyutwór na tak otwartym gardle jak kiedyś, mógłby nie dożyć końca koncertu. "Szczęściem, schylił się Woźny i wydarł się śmierci". Piszę o tym fakcie "Panem Tadeuszem", aby zachować powagę chwili. Nie zawsze ludzie odchodzą cali, od razu. Częściej odchodzą po kawałku. W wypadku wielkich wokalistów najpierw może odejść ich głos. Oddzielić się od ciała i jak balonik ulecieć do nieba.

 

 

Script logo