Co my robimy innym ludziom? Początek sezonu teatralnego w Berlinie (1-4 września 2015 r.)

   Wreszcie zaczął się sezon teatralny 2015/2016. Ten poprzedni był w Toruniu bardzo gorący, politycznie, a nie pogodowo, ale o tym może w następnym wpisie. Moje pierwsze spektakle tego sezonu oglądam w Berlinie. Mieszkam na Prenzlauer Bergu, niedaleko od Schönhauser Allee. Na ulicach tłumy ludzi, w okolicy mnóstwo sklepów, kawiarni, knajp i restauracji. Niedaleko od mojego hotelu jest też malutki teatr lalek. W tej dzielnicy bawi się cały młody Berlin, nie tylko w weekendy. Natomiast na półkach w księgarniach kryzys – grecki, ukraiński, europejski („Czy to już koniec Europy?”). Najazd imigrantów na razie jeszcze tylko w gazetach. Burmistrz Berlina mówi, że są przygotowani na przyjęcie 70 tysięcy uchodźców i tylko martwią się, jak ich rozrzucić w małych skupiskach po całym mieście, żeby nie powstały getta. Co na to Polska, kraj „Solidarności”? Dwie główne partie wywodzą się z ruchu społecznego „Solidarność”, a przyjmiemy dwa tysiące Syryjczyków. Trzydzieści pięć razy mniej niż jedno niemieckie miasto, w którym mieszka jedenaście razy mniej obywateli niż w całej Polsce. Taka to nasza solidarność. Przez małe „s” i w cudzysłowie. Biedni jesteśmy, to prawda. W duchowym, nie w materialnym sensie.
   W Dahlem, gdzie mieści się wiele instytutów i bibliotek Freie Universiät, jest już jesień. Brodzi się w zeschłych liściach, może to ta susza przyniosła wcześniejszą jesień. W porównaniu z Prenzlauer Bergiem to oaza spokoju. Dzielnica willowa, uśpiona, cicha. Jeszcze nie zjechali się studenci. Można spokojnie „dospacerować” do biblioteki, pooddychać świeżym powietrzem, pomyśleć.
   W teatrze byłem dwa razy. W Deutsches Theater przy ulicy Schumanna powitał mnie wielki napis: „Der leere Himmel”. Puste niebo. To hasło całego sezonu, w czasie którego zostaną pokazane przedstawienia odnoszące się do kwestii religii, Boga, człowieka we współczesnym świecie. Aktorzy Deutsches Theater odpowiedzieli na pytanie, w co wierzą, na stronie internetowej. Wierzą w różne rzeczy. Najrzadziej w Boga. Czy to nie jest niepokojące, że nad jakimś człowiekiem niebo zdaje się puste? Co taki człowiek zdolny jest zrobić z innymi? Puste niebo to i pustka w środku. O śmierci w różnych wariantach traktuje spektakl Drei Hunde Nacht izraelskiej reżyserki Ofiry Henig. Spektakl gadany – w trzech językach: niemieckim, arabskim i hebrajskim, z napisami, których czytanie uniemożliwia śledzenie gry aktorów – ma czwórkę bohaterów: trzy kobiety i mężczyznę. One to takie Czechowowskie trzy siostry, choć niespokrewnione ze sobą: Niemka, Arabka i Żydówka. Aluzje do Czechowa są w przedstawieniu czytelne, ale nienachalne. Trzy kobiety ustawione w jednej ze scen tak jak Masza, Olga i Irina w finale sztuki Czechowa. Do tego tęskne wołanie „Nach Moskau”, „Nach Amsterdam”, „Nach Berlin”. Urocze to. Właściwie ich opowieści koncentrują się na opowieści o umieraniu ojca Żydówki i jej dylemacie, czy zdecydować się na eutanazję. Ale to tylko pretekst do zastanowienia się, co my – cywilizowani – robimy z ludźmi, tutaj i teraz. Opowieści bohaterki i jej arabskiej przyjaciółki oraz niemieckiego narzeczonego i jego siostry przeplatane się odczytywanymi, deklamowanymi lub wyświetlanymi na ekranie fragmentami dokumentów i listów dotyczących a to eutanazji chorych psychicznie w III Rzeszy, a to przymusowego karmienia głodujących więźniów w Guantanamo. Ojciec żydowskiej bohaterki umiera w Tel Awiwie, kiedy na ulicach trwa wojna, na miasto spadają rakiety. Arabka jedzie taksówką ulicami miasta i musi zmierzyć się z wrogimi pomrukami kierowcy. Ona chce tylko do synów, on widzi w niej wyznawczynię dżihadu. Przypomina mi się zeszłoroczna podróż do Jerozolimy. Był czas pokoju, a na ulicach roiło się od dwudziestoparolatków z karabinami, chłopców i dziewcząt w mundurach, w tramwaju nikogo nie dziwił gość przeszukujący każdy kąt w poszukiwaniu podejrzanych pakunków. Jechaliśmy arabskim busem drogą do Autonomii Palestyńskiej, z dziećmi, bezpieczni, rejestrując kontrasty między biedą i pustką Hebronu a turystycznym rozgwarem Betlejem. Tydzień po naszym odlocie na tej drodze porwano i zabito kilku żydowskich chłopaków. W Jerozolimie wybuchły zamieszki, spłonął żywcem żydowski chłopiec. Gorąco zrobiło się w dzielnicy arabskiej, przez którą niedawno spacerowaliśmy codziennie, kupując figi czy sok pomarańczowy.
 Co my robimy innym ludziom? – huczy w głowie pytanie w czasie oglądania spektaklu Drei Hunde Nacht. W czasie oglądania filmiku pokazującego przymusowe karmienie więźnia. Podczas opowieści o cierpiącej kobiecie w Amsterdamie, która krzyczy „Chcę umrzeć”, a gdy podtykają jej papiery ze zgodą na eutanazję, krzyczy jeszcze głośniej „Chcę żyć”. Po holendersku, jak zauważa przytomnie arabska bohaterka. Wreszcie podczas opowiastki o umieraniu starego kota. Stary kot nie chce, aby człowiek widział jego umieranie. Odchodzi w samotności. W spokoju. Jest tam jeszcze pieśń Leonarda Cohena Dance me [to the end of love]. Sentymentalna i naiwna. Może dzisiaj lepiej być naiwnym człowiekiem niż szczwanym lisem z Trójmiasta, kutym na cztery nogi prawnikiem, który okrada niewidomych z ich nędznych pensyjek i nadziei?
   W tym samym sensie naiwny jest Marius Mayenburg, który wyreżyserował w Schaubühne inscenizację swojego nowego dramatu Stück Plastik  (trailer tutaj, premiera wiosną 2015 r., tytuł proponuję tłumaczyć następująco: Plastik Fantastik). Tematy przedstawienia są właściwie dwa: plastikowa rodzina mieszczańska z Prenzlauer Bergu (nota bene piętnaście lat temu mówiono by o mieszczanach ze Steglitz, a nie z dawnej dzielnicy wschodniego Berlina) oraz plastikowa sztuka współczesna z body artem i sztuką performansu na czele. Mayenburg w konwencji komedii bulwarowej, która w finale okazuje się komedią czarną, przedstawia wszystkie lęki dobrze sytuowanego mieszczaństwa, które uważa siebie za lewicowe. Mayenburg mnoży żenujące sytuacje, które odkrywają prawdziwe poglądy mamy Ulrike (Marie Burchard), asystentki „wielkiego” artysty (Sebastian Schwarz), oraz taty Michaela (Robert Beyer), lekarza, który marzył o wyjeździe do Afryki wraz z „Lekarzami bez Granic”, a okazał się tchórzem. Aktorzy Schaubühne wrzuceni w Castorfowską przestrzeń białej kuchni w przeszklonym częściowo akwarium, z ekranami na białych ścianach i filmowaniem z komórki, a także z jakże Castorfowskim obrzucaniem się makaronem, grają wprost koncertowo. Hipokryzję i rzekomą postępowość bohaterów demaskuje zatrudniona właśnie sprzątaczka Jessika, która przyjechała z Halle (Jenny König). Jest dla nich, ludzi Zachodu, nikim, jest „deutsches demokratisches Ostobst”, „niemieckim demokratycznym owocem“ (gdzie „owoc” czy też „owoce” zastąpiły „republikę” w czytelnej aluzji do DDR, czyli NRD). W przepięknie i komicznie zagranych scenach rozmów „edukacyjnych” ze sprzątaczką Jessiką tata i mama mieszczanie kompromitują się do reszty. Wyłazi z nich pogarda do biedniejszych, pracujących fizycznie, „śmierdzących”. Ich wzajemna relacja, pełna pretensji i obelg, zostanie rozbita przez filmik ukazujący romans Michaela ze sprzątaczką, a za chwilę w autodemaskacji artysty, który nie tylko zatrudnił Jessikę u siebie jako performerkę (tak!), ale także wykorzystał ją seksualnie, podobnie jak i Ulrike. Kojarzy się to Wam ze Sztuką Yasminy Rezy albo z Body artem Igora Bauersimy w Teatrze Horzycy? Słusznie.
   „Wielki” artysta to bowiem pożeracz ludzi i okazji. Robi sztukę ze wszystkiego: z makaronu, tłuszczu, którym ochlapuje ściany kuchni (aluzja do Beuysa), ciał ludzkich. Sztuka współczesna to plastik, humbug, piana. Wszystkie koszmary mieszczanina ujawniają się w znakomitej scenie finałowej. Rodzina z artystą i sprzątaczką zasiada do marsylskiej zupy rybnej bouillabaisse  (odpowiednik naszych słynnych ośmiorniczek, którymi zajadali się ministrowie „U Sowy”). Artysta (koncert Sebastiana Schwarza) zachwyca się po francusku daniem, reszta siedzi jak struta. Syn (Laurenz Laufenberg) pojawił się w damskim przebraniu (skandal! Jest przecież chłopcem) i z nagraniem figli ojca z Jessiką. Matka jest zdruzgotana, ojciec w kącie chyłkiem wyjada zupę. Jessika siedzi blada. Bo największy koszmar mieszczan to służba domowa, która podaje zatrutą zupę i wszystkich co do jednego morduje. Demoniczna jakby wzięta z Witkacego i Castorfa demoniczna Jessika-sprzątaczka śpiewa The Final Countdown Europe, a potem Sweet Dreams Eurythmics. Biała kuchnia w przeszklonym akwarium unosi się na linach w powietrze i przechyla. Drzwiczki kuchennych mebli otwierają się, wypadają talerze i kubki. Ostatnie odliczanie, Europo. Idą po ciebie krwiożercze, podstępne sprzątaczki. Zapłacisz za brak wrażliwości i wyrzutów sumienia.
  Przy całej bezgranicznej naiwności tej wizji ogląda się spektakl znakomicie. Jest w nim zresztą wątek polski. Poprzednia służąca nazywała się Danuta i okropnie kaleczyła niemiecki, co przeniosło się na synka. Ulrike wyrzuciła Danutę, ale nie omieszka wspaniałomyślnie wyznać, że każdy musi dostać swoją szansę. „Auch die Polen”. Także Polacy. I jeszcze jedno. Kiedy Ulrike rozmawia z Jessiką, z żalem stwierdza, że ta nie mogła studiować i dlatego została sprzątaczką. Nie wie chyba, biedaczka, że my, Polacy mamy "w ofercie" także sprzątaczki po studiach. Może akurat takie nie dotarły do Berlina?



 

Script logo