95 lat sceny polskiej w Kosmosie – pardon! – w Toruniu (4 grudnia 2015 r.)

    Od 28 do 30 listopada wspólnie z Teatrem Horzycy my - teatrolodzy toruńscy w dwóch osobach - obchodziliśmy uroczyście i aktywnie ostatnią „małą” rocznicę przed wielką rocznicą stulecia, która czeka nas za pięć lat. Było otwarcie wystawy Twarze toruńskiego teatru. Międzywojnie (przygotowanej wspólnie przez Nikę Tarnowską z Teatru Horzycy i dra hab. Artura Dudę), potem spektakl Miny polskie w reż. Mikołaja Grabowskiego, a na koniec minisympozjum naukowe prowadzone przez dr Marzennę Wiśniewską w sali Kolankowskiego w Collegium Maius, z udziałem szanownych gości: prof. Lidii Kuchtówny i Jacka Kopcińskiego. Właśnie 95 lat temu w Toruniu dnia 28 listopada w budynku niemieckiego Stadttheater został zagrany pierwszy spektakl pierwszego w historii miasta polskiego, stałego, zawodowego zespołu teatralnego. Franciszek Frączkowski – pierwszy dyrektor tego zespołu wyreżyserował na inaugurację Zemstę Aleksandra Fredry, w której zagrał także Papkina, tego arcypolskiego żołnierza samochwała. Muszę szczerze powiedzieć, że nie jestem entuzjastą obchodów rocznicowych, ale w tym wypadku wydawało mi się to przedsięwzięcie zaproponowane nam przez dyrektora Andrzeja Churskiego jednak warte zaangażowania. Dlaczego?
    To jest rok szczególny i dziwny, ten 2015. Nie, nie myślę o polityce, myślę raczej o tym, jakie miejsce w polskiej demokracji zajmuje teatr. Owszem trwają obchody 250-lecia teatru narodowego (jak chcą jedni) lub publicznego (jak chcą drudzy). Obchody bardzo warszawskie, choć z jakimiś akcentami prowincjonalnymi. Częściowo to słuszne podejście, bo Teatr Narodowy przez ten czas związany był ze stolicą, z drugiej jednak strony na przykład Toruń miał swój Teatr Narodowy – nie tylko z nazwy, ale i z misji, ambicji i repertuaru – przez 5 lat z tych dziewięćdziesięciu i pięciu. Najpierw jeden sezon Franciszka Frączkowskiego, potem jeden sezon (1921-22) Mieczysława Szpakiewicza, a wreszcie trzy sezony Wilama Horzycy (1945-48). Dwaj pierwsi robili, co mogli, aby w teatrze dominował polski repertuar, ich plany rozwiała władza: lokalna, której nie w smak był przysłany przez rząd warszawski Frączkowski, oraz centralna, która z budżetu wykreśliła dotację na scenę w mieście Kopernika – mimo podpisanej na pięć lat umowy o przejęciu teatru przez wojewodę pomorskiego. Dyrekcję Horzycy także ucięła władza – tym razem ludowa.
    Skoro kiedyś władza ochoczo sterowała teatrem, zwykle ze szkodą dla niego, to dlaczego więc dziwi mnie stosunek władzy dzisiejszej do teatru? Dlaczego dziwi mnie, że w roku jubileuszowym Teatru Telewizji już właściwie nie ma, zastępują go marne quizy o tematyce ekonomicznej, europejskiej, sportowej albo co gorsza pseudoteatr Bogusława Wołoszańskiego? Dlaczego dziwi mnie, że Teatr Horzycy ma dwóch zastępców dyrektora, którzy zastępują Nikogo? Bo dyrektora, nawet pełniącego obowiązki, formalnie nadal nie ma! Dlaczego dziwi mnie, że władza obiecała Teatrowi Horzycy lata temu podwójne dotacje na festiwal „Kontakt” – międzynarodowy, renomowany, rozpoznawalny, a teraz obiecuje (bo jeszcze nawet nie dała) mniej niż połowę: tylko 250 tysięcy? Dlaczego dziwi mnie, że władza działa na szkodę instytucji, którą ma pod swoją opieką?
    Jak tu uciec od czarnych myśli i czarnych prognoz, że zamiast Wielkiego Torunia, jak pisały z entuzjazmem gazety międzywojenne, wylądujemy wkrótce w zapyziałym XIX-wiecznym Thornie, miasteczku na krańcach cesarstwa, odwiedzanym z rzadka przez objazdowe trupy (od rzeczownika „trupa”, nie od „trup”) z rozrywkowymi tylko spektaklami, przez teatr "zero myśli za sto złotych"? Uciekam do teatru. Powtórzę: uciekam do teatru. Uciekam na wykład prof. Jacka Kopcińskiego, naczelnego miesięcznika „Teatr”, o Dziadach Zadary i Passiniego. Na wykład prof. Lidii Kuchtówny o Wilamie Horzycy dumnym z pracy w prowincjonalnym Toruniu, niby prowincjonalnym, bo wszyscy w Polsce wiedzą, jakie tu powstają przedstawienia, gdyż zjeżdżają zewsząd do miasta Kopernika.
    Uciekam wreszcie na Noc w Kosmosie, spektakl Łukasza Czuja i Michała Chludzińskiego, niby lekki, z piosenkami, ale unoszący się w powietrzu od emocji, wrażeń, śmiechów i czasem łez. Powracam do tego spektaklu na wideo i nie mogę zdecydować, kto tu jest najlepszy. Czy Tomasz Mycan, który tworzy unikatową, autorską wersję Lutka Danielaka z Wodzireja Feliksa Falka, i z którym śpiewam ten uroczo idiotyczny refren „La-la-la-la, lla-la-la-la”? Może Frania Sterben, piękna Śmierć Julii Sobiesiak, która znakomicie po aktorsku interpretuje Nic nie może przecież wiecznie trwać Anny Jantar (wcielając się w samobójczynię nad krawędzią przepaści-sceny), wzruszająco wywraca na nice słynne przemówienie generała Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego (stoi w niedopiętym mundurze generalskim, a mrówki chodzą po plecach, gdy dociera do frazy: o tym, że ludzie oddali PRL-owi „najlepsze lata swojego życia” – moje 16 lat także), a w finale melorecytuje, przebijając samego Bogusia Lindę, Finlandię Marcina Świetlickiego? Jak dziecko przeskakuję od kreacji do kreacji: ach, ta Agnieszka Wawrzkiewicz szarżuje z liryczno-naiwną wersją jarocińskiej Pieśni o Bohaterze zespołu Dzieci Kapitana Klossa, och, Paweł Kowalski subtelnie i z absolutnie krystaliczną dykcją czaruje w szyderczej Balladzie o Mirosławie Hermaszewskim Macieja Zembatego. Ech, jak ten Niko Niakas giętki-prędki wcina się w popis Michała Marka Ubysza w roli Franka Kimono w kultowej piosence King Bruce Lee Karate Mistrz.  Jak rewelacyjnie miksuje się - na scenie i w mojej głowie - Psalm stojących w kolejce Krystyny Prońko z dyskotekowym Daddy Cool Boney M., w poetyckim (tak!) skrócie, ukazując, czym był PRL.
    Bohaterowie Nocy w Kosmosie przypominają mi postaci z legendarnego Murx den Europäer Christopha Marthalera, który to spektakl miał premierę w 1993 r., a trzy lata później zdobył główną nagrodę festiwalu „Kontakt”. Ten sam pomysł pokazania świata poprzez piosenki i szerzej muzykę, podobnie bezlitosny portret narodu, tej zbieraniny pokrak i mentalnych kalek. W Kosmosie rezydują: dziwka, palacz, żużlowiec, peerelowski dyrektor z żoną, kierowniczka „Peweksu”, cinkciarz, kucharz-ubek, sprzątaczki, kaowiec, portier, nadgorliwa sekretarz POP. To oni – także – budowali Polskę Ludową. Okropne wrażenie. Ten pokraczny naród czeka w hotelu nie wiadomo na co. Na Godota, na przybysza z Kosmosu. O ironio, kosmonauta Hermaszewski okazuje się właśnie Godotem, a do Torunia przybywa w skafandrze kosmonauty… papież Jan Paweł II z pielgrzymką (genialna w tej scenie Julia Sobiesiak – swoją drogą powinna sobie napisać w CV z dumą, że zagrała w jednym spektaklu Papieża, Generała i Śmierć). Taki właśnie budzący żywiołowe reakcje widowni spektakl powstał w Teatrze Horzycy w najgorszym dla niego kryzysie wiosennym spowodowanym aferą wokół konkursu na nowego dyrektora. Czy to nie urocza zbieżność: po latach osiemdziesiątych XX wieku została nam egzystencjalna gorycz i mnóstwo pięknych piosenek, a po kryzysie wiosną 2015 r. zostanie przepiękne muzyczne przedstawienie z pokazem prawdziwych możliwości toruńskiego zespołu artystycznego.

Script logo